Menu

Czerwona Ziemia

This is a good game, it's called 'The Truth'.

Pieprzone miasto seksu i biznesu

mu.zungu

Lyantonde. Miasto seksu i biznesu. Albo wieś na siedemdziesiąt tysięcy mieszkańców. Przerażające miejsce.

Dotarliśmy tam późnym popołudniem. Nasz pickup zatrzymał się na chwilę przy jednej z rolniczych hurtowni. Kierowca i jego kumpel poszli robić biznes z właścicielem. Zostaliśmy na dobre dziesięć minut sami, siedzący w otwartym bagażniku pickupa. Niezniszczalnego Datsuna, kilkukrotnie już ze złomowanego w tak zwanych cywilizowanych krajach.

Kiedy tylko zostaliśmy sami, obsiadła nas chmara młodzieży i dzieciaków. Mali sprzedawcy wciskali nam wodę mineralną w wyglądających na oryginalnie zamknięte, butelkach. A mimo tego, woda przypominała raczej zebraną z kałuży. Mętna i zasyfiona. „Wysoko zmineralizowana” można by rzec. Tak wysoko, że się te minerały wytrąciły. Napijesz się takiej wody i nagle twoje egzotyczne wakacje zamieniają się w koszmar.

Po dwóch dniach ockniesz się w łóżku, w jakimś burdelu, z krwawą sraczką i gorączką dla której zabraknie skali w termometrze. Później jeszcze porzygasz się parę razy. Równie krwawo. Padniesz z odwodnienia w trzy dni. Góra tydzień. I będzie bardzo bolało. Na pomoc lekarską raczej nie masz co liczyć, bo najbliższy lekarz urzęduje sto kilometrów od ciebie, a poza tym to i tak jedynie ucywilizowany szaman ze słoiczkiem aspiryny.

Inne dzieciaki mają jeszcze krojone owoce w foliowych torebkach, pyszne mięsko na patyku, czyli ptaszek niewiadomego pochodzenia. Prawdopodobnie znaleziona gdzieś w pobliżu padlina, ale młody sprzedawca będzie zapewniał, że „Pan, Pan, kup Pan mięsko, pyszny kurczaczek, świeżutki, dopiero upieczony”. Z włosieniem i całą masą innych pasożytów. Pamiątek z podróży.

W tym spotkaniu nie chodzi jednak o handel. Wodę z kałuży w napełnianej strzykawką butelce, kupi kierowca tira. My jesteśmy jak małpy w zoo. Dzieciaki nieśmiało dotykają naszych włosów na rękach. Nosów. Zwłaszcza dziewczyny. Nastolatki, które już powoli zastanawiają się co dalej. Mają duże ciemne oczy. Inteligentne, wesołe, ciekawe. I nigdy nie widziały białego z bliska.

Mrugnij do niej, a odpowie. A później roześmieje się zawstydzona. I coraz śmielej dotyka twojej skóry, która jest zupełnie inna od tych, jakie do tej pory widziała. Nie chodzi tutaj o kolor, bo ten nie ma znaczenia. Skóra białasa z Europy jest zupełnie inna. Jest sucha i szybko pali się na słońcu. Dotknij jej dłoni, a zobaczysz jak jest fantastycznie wilgotna, elastyczna, plastyczna. I fotogeniczna. Dotyk, w którym można się zakochać. I spójrz w głębię jej oczu.

*

Lyantonde, miasto seksu i biznesu znajduje się na przecięciu głównych ugandyjskich szlaków komunikacyjnych. Jadąc z Kampali musisz przekroczyć równik. W zlewie, o ile znajdziesz gdzieś bieżącą wodę, Coriolis zakręci nią w odwrotnym kierunku niż w Europie. Zupełnie jak nie w domu.

Nasz niezniszczalny Datsun odjechał, a my postanowiliśmy iść za głosem serca i żołądka. Było już niedaleko do wieczora, a podróż z całym dobytkiem w nocy, nigdy nie należy do bezpiecznych. Czas znaleźć jakieś łóżko i coś do jedzenia.

Tak się złożyło, że Lyantonde ma dużą bazę „hotelową”. Strategiczne położenie miasta sprawiło, że jest głównym i ulubionym miejscem postoju wszystkich kierowców ciężarówek, którzy pokonują trasę wschód-zachód. Na głównej ulicy miasta hotele stoją na przemian z barami. Oferta jest bogata i można wybierać.

Pech chciał, że my nienajlepiej wybraliśmy. W końcu nocleg dwóch facetów w burdelu, w kraju gdzie homoseksualizm jest karany dożywotnim więzieniem, zwiastuje kłopoty. Na szczęście był też bar, a w nim piwo i Champions League. Tylko trzeba było szybko zorientować się kto komu kibicuje, aby później w papę nie dostać.

Okazało się więc, że Lyantonde to miasto cielesnych rozrywek i alkoholu. Niezła wróżba na piątkowy wieczór.

Głębia ciemnych oczu dziewczyny handlującej podejrzanym kurczakiem nie powiedziała tylko jednej rzeczy. Nie powiedziała o epidemii. O tym, że Lyantonde ma jeden z najwyższych w kraju współczynników nosicielstwa wirusa HIV. 18%, podczas gdy średnia krajowa to 6.5%. I jest to stosunkowo dobry wynik, bo prawdziwy dramat panował w latach osiemdziesiątych, podczas wojny domowej prowadzonej przeciwko rządowi prezydenta Obote. Przez dużą obecność prostytucji w mieście, Lyantonde stało się jednym z najbardziej dotkniętych epidemią w całej Ugandzie. A był to okres największej epidemii HIV/AIDS w Afryce Wschodniej. Jednocześnie Ugandę dotknęła największa epidemia Gorączki Krwotocznej Ebola. Wojna domowa okazała się być najmniejszym problemem tamtego czasu.

*

Wyjechaliśmy rano, po śniadaniu. Zimnym rolexie, który został z kolacji i paskudnej, przesłodzonej mufince. Dziewczyny handlującej pieczoną padliną nigdzie nie było. Być może doszła już do etapu posiadania dwóch etatów, popołudniami handlując podrabianym jedzeniem, a w nocy będąc młodocianą kurewką?

Ruszyliśmy na Zachód. 

Komentarze (6)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Asia] *.rtr.pw.edu.pl

    Szczerze, ten tekst nie zachęcił mnie do odwiedzenia okolic, które wspominasz. Ale nie dlatego, że brudna woda, ani że HIV. Dlatego, że piszesz o tych ludziach z taką wyższością i - ja wiem - odrazą? Niby piękne oczy, niby wilgotna skóra, a tak jakbyś się nimi brzydził. A to podglądanie z pickupa, nawet jeśli potem w to miasto wkroczyłeś, dotykałeś ludzi... Wszystko to dla mnie brzmi, jakbyś ich wszystkich oglądał w zoo albo przez szybę. To moje wrażenie po przeczytaniu tekstu, mogło być zupełnie inaczej, ale takie odniosłam wrażenie i już.
    Pozdrawiam, A.

  • Gość: [Ann] *.static.ip.netia.com.pl

    Trochę pojeździłam po Ugandzie kilka lat temu i pomimo widocznej biedy w wielu miejscach tego kraju, to jednak ten post mnie przestraszył. Może taka była jego intencja, może nie byłam w tej konkretnej miejscowości, a może po prostu odebrałam to zbyt uczuciowo. Tak, czy siak kibicuję wyprawom po Afryce i życzę dobrych wspomnień!

  • Gość: [Mr_Szpak] *.internetia.net.pl

    I weź tu traw człowieku... Afryka to bardzo ciężki podróżniczo temat, ale z drugiej strony ciekawy dzięki temu...

  • Gość: [Aleksandra] *.play-internet.pl

    Uhmm... ciężki temat. Nie mój kierunek, przynajmniej narazie. Cóż, w podróże zdcydowanie otwierają umysł - chłoniesz pozytywy, ale i szarą codzienność.

  • Gość: [Marcin | Wojażer] *.adsl.inetia.pl

    Trudne miejsce i trudny temat. Ja nigdy specjalnie nie wstydziłem się europocentrycznego podejścia do rzeczywistości, ale tutaj, mimo ciekawego języka, patrzenie na Afrykę wzbija się na nieco kolonialny poziom. Tak, Afryka to trudny temat.

  • mu.zungu

    @Ann: Lyantonde to miejsce, o którym wspominają poważne publikacje naukowe dotyczące Ugandy i epidemii HIV/AIDS. Właśnie ze względu na dużą (i wciąż rosnącą!) liczbę prostytutek w mieście.

    @Asia: Zarzucasz mi, że zaznaczam swoją wyższość ponad mieszkańcami odwiedzanej okolicy. Otóż tak nie jest. Uwierz mi, że tam to ja jestem egzotyką. Biali tam nie przyjeżdżają, nie nocują. To oni mnie przychodzą pooglądać jak małpę w zoo.

    @Marcin: Kolonialny poziom? W którym miejscu? Ponieważ używam ostrego języka? Owszem, piszę tak, aby czytającego zabolało, ponieważ mój tekst ma wzbudzić jak najsilniejsze emocje. Ciebie i wszystkich, którym wydaje się, że obrażam opisywane postaci, zapraszam do odwiedzenia opisywanych rejonów. To trudne miejsca, trudni ludzie i trudna historia, za którą w głównej mierze to właśnie my, Europejczycy, odpowiadamy. Nie ma we mnie rasisty. Jest za to dziennikarz, który chce opisać świat trochę inaczej niż przez pryzmat zorganizowanych wycieczek po Teneryfie, czy uroków Luksemburga. Bo ani one fajnie napisane, ani ciekawe. A przede wszystkim, wtórne.

© Czerwona Ziemia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci