Menu

Czerwona Ziemia

This is a good game, it's called 'The Truth'.

Słońcem spaleni

mu.zungu

Przy drodze stoi mały, lokalny sklep. W zasadzie to trochę większy kiosk. Drewniana buda dumnie ochrzczona mianem sklepu wielobranżowego. Od zwykłego kiosku różni się, tym że oprócz codziennej prasy, można w niej nabyć niskoprocentowy alkohol. Za budą, będącą jednocześnie centrum życia towarzyskiego lokalnej społeczności, stoi grupa Aborygenów. Są brudni, brzydcy, zamroczeni alkoholem, agresywni. Wokół nich, na wpół zdziczałe psy. Ni to własne, ni to bezpańskie.

Aborygeni całą agresję wyładowują na sobie nawzajem. Codzienna scenka. Poranek. Kilka tanich piw i początkowa radość i wesołe powitania zamieniają się w złość. Bo pieniędzy mało, wystarczy na jedno, a chętnych więcej. Powoli, leniwie z tej frustracji, złości wobec świata i siebie nawzajem, rodzi się awantura. Pijacka przepychanka. Żaden z walczących, o ile te codzienne waśnie można nazwać walką, nie potrafi uzyskać przewagi. Więc, kiedy sił braknie, spięcie siłowe zamienia się w słowne. Lecą wyzwiska, zrozumiałe tylko dla nich. Mówią swoim własnym przedziwnym slangiem.

W końcu podjeżdża radiowóz. Cicho skrada się za budynkiem i nagle ich krzyki zostają zagłuszone wyciem koguta. Tylko przez chwilę. To taki sygnał. Ostrzeżenie od władzy, które mówi „uwaga skurwysyny, ma być spokój albo zrobimy z wami porządek”. Kiedy koguty milką, wysiadają mundurowi.

Patrol mieszany, damsko – męski. Nie bez powodu. Takie patrole wysyła się do tego typu awantur, bo Oni będą przez to łagodniejsi. Stawiają mniejszy opór, uspokajają się. Zaczyna działać jakaś głębsza filozofia, ukryta gdzieś głęboko w zapijaczonym umyśle.

Policjantka jest ładna. Drobna, o łagodnych rysach. Jej partner, to typ miśka. Podchodzą, z dłońmi na kaburach. Taki zachowawczy chód, którego uczą w szkołach policyjnych. „Jak idziesz na interwencję, to trzymaj łapę na kaburze, żeby nikt ci nie zwinął broni”. Podchodzą i wzrokiem wyłapują tych, którzy jeszcze coś kontaktują. Zaczyna się rytuał powitań. Znają się. Patrol przyjeżdża codziennie. Upomina. Zabiera tych, którzy już są nieprzytomni. A później odjeżdża. Aborygeni zostają.

Mijam ich codziennie rano. Kiedy przechodzę, milkną. Zapada cisza. Tylko obserwują, jakby zastanawiali się, czy warto zaczepić. Zapytać o papierosa czy drobne. Myślą powoli. Nie wiem, czy spowodowane jest to jakimiś ich uwarunkowaniami kulturowymi, czy po prostu są tak zalani. W każdym razie ta scena powtarza się co dzień rano. I nigdy nie pada pytanie, które tylko wisi w powietrzu.

Dwa razy w tygodniu w sklepie zjawia się jego właściciel. Gospodarska wizyta, którą z daleka zwiastuje ryk potężnego silnika V8 zamontowanego w równie potężnym pickupie Forda. Aborygeni nauczyli się już rozpoznawać ten dźwięk. Kiedy tylko „kierownik” nadjeżdża, oni już stoją w szeregu. Grzecznie dygają na powitanie. Ich kobiety, o zniszczonych, napuchniętych od alkoholu twarzach, promieniują rządzą na widok podstarzałego biznesmena, zwykłego handlarza, który jednak zawsze podaruje trochę drobnych i zaleci zamieść kapsle walające się wokół jego interesu.

Kiedy Ford odjedzie, zabawa rozkręci się na dobre. Znów będzie za co pić, do nieprzytomności. Zatracić się w swojej własnej, skrywanej nienawiści do całego świata. Za nieudane, zmarnowane życie. I w końcu zasnąć, gdzieś na ziemi, w kącie, pod krzakiem, pod płotem. Śnić o dzieciństwie. Dawno minionym, ale wciąż żywym w podświadomości. O czasach, kiedy jeszcze wszystko było możliwe. Kiedy można było mieć nadzieję, że życie potoczy się tak, jak się tego pragnie.

© Czerwona Ziemia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci